Klub Astronomiczny „Almukantarat”

Powrót do działu „Historia”

Wspomnienia z obozu 2001

Anna Kopczyńska
Załęcze Wielkie, 2001

„Witam wszystkich!”, takie okrzyki słyszeliśmy co chwilkę, kiedy nowe osoby pojawiały się na obozowisku. A trochę nas było, bo aż 56 osób! Rozpoczynał się właśnie obóz astronomiczny klubu „Almukantarat”. Rozpoczynały się dwa tygodnie zabawy i nauki, szaleństwa i odpoczynku. W tym roku spotkały się ze sobą dwa roczniki: 1999 i 2000, no i oczywiście trochę „starszyzny”. Wszyscy zaczęliśmy się ze sobą poznawać, chociaż nikt nie był w stanie zapamiętać od razu tylu nowych ludzi. Kiedy wreszcie nasi nad opiekuńczy rodzice z wielką przykrością opuścili nas można było rzec, że obóz rozpoczął się na dobre. I już po chwili oboźny pierwszym gwizdkiem oznajmił nam pierwszą zbiórkę. Wszyscy powolnie i leniwie stanęli przed namiotami. Wysłuchaliśmy naszego komendanta Kacpra Korneta i oboźnego Tomka Sowińskiego po czym udaliśmy się na posiłek. Cały dzień minął nam na rozmowach, opowiadaniu o sobie i oczywiście wspominaniu poprzedniego obozu. Pierwsza noc należała do tych nielicznych — przespanych ;-)

Kolejne dni były już w całości zorganizowane. Naszym głównym obowiązkiem (a raczej przyjemnością!) było uczestniczenie w zajęciach z astronomii praktycznej i teoretycznej, informatyki, matematyki i fizyki prowadzonych przez członków klubu Almukantarat. Poza tym każdy uczestnik wygłaszał referat na przygotowany przez siebie temat. Tematyka była naprawdę różnorodna! Od gwiazdek i układów planetarnych aż po światy równoległe i życie płaszczaków (bez komentarza ;-). Czasem zdarzały nam się drzemki na wykładach, ale to tylko dlatego, że nasze noce były coraz bardziej urozmaicane! Czasem grą w naszą dobrą, poczciwą mafię lub obozowe „nowości” takie jak „bum” czy RPG. Kilka razy udaliśmy się tez na film. Największe zainteresowanie wzbudził film (i tu prosimy rodziców o zachowanie spokoju) „Życie seksualne ziemian”. Zamiast o nim opowiadać, po prostu radzę go obejrzeć!

Pod koniec pierwszego tygodnia odbyła się również wycieczka do Tarnowskich Gór i do Chorzowa. Droga w autobusie zleciała nam bardzo szybko, oczywiście dzięki mafii na którą dała się namówić nawet kadra. W Tarnowskich Górach zwiedzaliśmy kopalnię srebra, gdzie prawie jak bohaterowie Tolkiena w Morii, podziwialiśmy uroki tego niezwykłego miejsca. W Chorzowie zjedliśmy co nieco w towarzystwie Keplera, Arystotelesa i innych wspaniałych astronomów. Z pełnymi brzuchami ułożyliśmy się wygodnie na fotelach chorzowskiego planetarium, gdzie pan Marek Szczepński przedstawił nam nasz prywatny seans. Mogliśmy na własne życzenie „dostać” kometę, deszcze meteorytów lub zobaczyć jak ułożą się planety za kilka lat. Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie z Kopernikiem i wreszcie wszyscy wpakowaliśmy się do autobusu. Ach! Zapomniałabym o najważniejszym! Oczywiście nie zabrakło wycieczki do supermarketu. Każdy mógł kupić sobie coś pysznego i niezdrowego do jedzenia. Jednak patrząc na nasze zakupy, można by się chwilkę zastanowić… duży, różowy kapelusz, żółte klapki z wielkim kwiatkiem, zabawki do piaskownicy, dwa kaski policyjne (?), zielone i niebieskie farby do włosów oraz wielki, zielony, dmuchany… krokodyl! no ale cóż, przecież to obóz astronomiczny ;-)))

Oprócz wykładów innym naszym zajęciem była gra w siatkówkę. Podczas ogłoszonego prze kadrę dnia sportu rozegraliśmy mecze jako trzy drużyny. The Larches okazali się nieźli, Mielonka była blisko, ale niepokonana okazała się drużyna Harem, nazwana tak nie bez powodu ;-) Zabawa była świetna. Na koniec oczywiście pamiątkowe zdjęcie całej zwycięskiej drużyny. Uczestniczyliśmy również w biegu na orientację. Dostaliśmy do rąk malutkie mapki i na ich podstawie musieliśmy zdobyć 80 punktów. Oczywiście udało się to jedynie nielicznym, a byli i tacy, którzy zawędrowali całkiem poza mapę ;-) Wszyscy pełni emocji wrócili z biegu i zmęczeni mogliśmy iść spać.

Tegoroczny obóz można by nazwać obozem muzycznym. Mieliśmy mnóstwo gitar. I jak przystało na astronomów wszyscy byli muzykalni ;-) Mieliśmy kilka ognisk, początkowo może nie zbyt udanych (ze względu na nasz niezbyt interesujący śpiew), ale to było do nadrobienia. Dzięki „śpiewankom” organizowanym przez Mariusza i Leszka po pewnym czasie nasz śpiew był już naprawdę niezły. Również ogniskiem zakończyło się nasze pasowanie na kandydata na weterana astronomii. Ogłoszone były na niej wyniki Olimpiady Załęczańskiej i rozdane nagrody (lub dla niektórych kary — „pyszne” ciasteczka i kopniaki). Nagrodziliśmy też najlepszy referat (Janka Urbańskiego) i najlepszego sportowca (Zbyszka Artemiuka). Potem jeszcze kilka słów od komendanta na koniec. Ta chwila należała chyba do najprzyjemniejszych podczas obozu. Wtedy każdy w myślach daje sobie słowo, że zjawi się na następnym obozie. Bo tych wszystkich chwil i dla tych ludzi warto jest tu się zjawić. Chociażby po to, żeby wiedzieć dlaczego Gabryś został „Panem Gabrysiem” albo Harem to właśnie harem ;-)

Ostatniego dnia pożegnań nie było końca. Nikt nie chciał wyjeżdżać i wrócić do swojego codziennego życia. Jedyne co trzymało nas na duchu to perspektywa kolejnego obozu i seminarium po drodze. Kiedy Wojtek zdjął nasz plakat, zrobiło się strasznie pusto. Wtedy właśnie skończył się nasz obóz. Byle do przyszłych wakacji!

Menu