Klub Astronomiczny „Almukantarat”

Powrót do działu „Historia”

Seminarium wiosenne 2001

Wojciech Rutkowski
Koninki, Gorce, 19–22 kwietnia 2001

Czwartek

Zaczęło się w Krakowie, gdzie pierwszą dwunastkę przywitał Krzysio oraz piękna, słoneczna pogoda. Ci, którzy przyjechali trochę wcześniej zdążyli zwiedzić kawałek krakowskiego Starego Miasta (nie: Starówki!). Około 11:45 ruszyliśmy autobusem do Koninek. Po drodze odświeżane były zawarte poprzedniego lata znajomości, można było też podziwiać wspaniałe beskidzkie krajobrazy. Na miejscu byliśmy przed drugą. Zaczęło kropić… i tak już w zasadzie zostało.

Ośrodek w Koninkach jest ładnie położony w dolinie, przy stacji wyciągu i stoku narciarskim. Zakwaterowaliśmy się w trzech przylegających pokojach. Oficjalnie jeden pokój był uczestniczek, drugi uczestników i trzeci dla kadry (początkowo Kacper, Ola i ja). Długoterminowym celem było oflankowanie uczestników przez kadrę. Po rozlokowaniu się, zaczęła się jedna z plag seminarium — gra w mafię. Wszyscy zeszliśmy się do jednego pokoju (zgadnijcie którego…) gdzie do obiadokolacji (17:30) korzystając między innymi z męskiej kobiecej intuicji zrzucaliśmy winę na Olę, wyciskaliśmy głos z Kacpra itp. Ze względu na inną, mokrą plagę seminarium, spacer — rozgrzewka nie wypalił. Po pokarmie dla ciała nastąpiło wygłoszenie kilku referatów o gwiazdozbiorach. Później kontynuacja procederu grania w mafię.

Późnym wieczorem dotarła Pani Prezes i Ignacy na pokładzie pojazdu Ramba. Rozpoczęło się oswajanie gorczańskich kotów (a ściślej: jednego, reszta była słusznie podejrzliwa).

Piątek

O 8 było śniadanko, później dojechał do nas Adam. Tego dnia było stosunkowo nie pochmurno i ciepło. Korzystając z tego daru niebios wyruszyliśmy razem z Waldkiem Ogłozą na Suhorę. Strome podejście nartostradą (ani śniegu, ani narciarzy nie było na szczęście) kończy się krótką przerwą na Tobołowie. W jej trakcie Tukvanda, kochająca inaczej pająki, zobaczyła jeden egzemplarz tego gatunku. Niby drobiazg, ale ten dzień można uznać za definitywny koniec okresu snu zimowego tutejszych zwierzątek.

Dalej było dość płasko, więc bez przeszkód docieramy do miejsca znanego w szerokim świecie jako „Mt. Suhora Observatory”. Z powodu niedyspozycji wnętrza dostajemy mały teleskop do oglądania plam na Słońcu. Uwagę zwraca znajdujący się na terenie obserwatorium montaż typu „McKinley”, obklejony wycinankami słupek zwieńczony butelką od tego napoju.

Niestety Słońce nie bardzo daje się oglądać, więc z braku lepszych obiektów podglądaliśmy jakiś maszt telefonii komórkowej. Zaczęło padać i zarządzony został odwrót. Podczas zejścia wystąpił kilka razy błąd systemu Matrix, bo wszystkim objawiało się piękne deja vu w postaci identycznego zakrętu, potoku i grupki soczystozielonych choinek. Ponadto w co którejś kałuży występował śliczny galaretkowaty skrzek, któremu trzeba było zrobić zdjęcie i pogłaskać. Szliśmy i szliśmy, zrobiło się popołudnie i zaczęło lać. Zamiast robić zdjęcia gadaliśmy teraz o jedzeniu. Ignacy wymieniła kilka dań których szczególnie nie znosi i dziwnym zbiegiem okoliczności były one w menu o godzinie 18.

Po obiadku były referaty o gwiazdach zmiennych oraz neutronowych a następnie wykład Waldka o obserwacjach amatorskich. Okazuje się, że Rosja jest tak samo zagęszczona miłośnikami astronomii jak Pacyfik, więc jeśli Japończycy coś przeoczą, to można to upolować w Polsce. Poza tym dowiedzieć się można było jak zbadać kształt i wielkość planetoidy posługując się takim narzędziem jak miłośnik astronomii. Na koniec Kacper poprowadził pokaz slajdów uatrakcyjniony pytaniami Agnieszki.

Później jak zwykle graliśmy w mafię, co wyraźnie zaczęło irytować niektóre osoby z Panią Prezes na czele; dotarła Ania z Marcinem i Mariusz. Dzień ten zakończył się jakoś w okolicy trzeciej w nocy śpiewaniem i grą na gitarze.

Sobota

Jakoś wstaliśmy. Ponieważ zaczął się weekend, mogliśmy skorzystać z wyciągu krzesełkowego. Było mglisto: widoczność ograniczała się do dwóch osób z przodu i z tyłu. Waldek mówił, że jak na dole są chmury, to tam u nich może być całkiem ładnie. My naiwni w to uwierzyliśmy… Uzbrojeni w kapcie zwiedzaliśmy obserwatorium, słuchaliśmy przy tym różnych anegdotek, podziwiając pancerne modemy.

Mt. Suhora Observatory brało akurat udział w ogólnoświatowym projekcie obserwacji gwiazd zmiennych, polegającym na budowie diagramów O-C. Dzięki Polakom wyniki obserwacji zostały uzupełnione o kratki z czerwonym napisem „CLOUDS” lub „RAIN”…

Droga powrotna była mokra, na szczęście skrócona dzięki bezinteresownej i przyjaznej pomocy bacy obsługującego wyciąg. Mówiąc ironicznie. Na dole Mariusz zaproponował coś, co wyleczyło na jakiś czas graczy w mafię — granie w „1, 2, 3, 4, 5, 6, bum, 8…” (nie wiem jak to się nazywa oficjalnie). Karą za wpadkę było otrzymanie karmelka twardego miętowego czyli landrynki tesco. O ile pojedyncze egzemplarze można było sobie przyjemnie ssać, to gdy ich ilość sięgała 4 — zaczęły się trudności. Ta część gry była najzabawniejsza, bez nagięć osiągaliśmy wynik 97.

Po obiadku można było obejrzeć „Ogniem i Mieciem”, grać na gitarze; był też film położniczo-astronomiczny: dotyczył narodzin gwiazd. Jedyny udomowiony kot Rajmundas został uraczony mlekiem tesco 3,0%. Z wdzięczności postanowił sobie oznaczyć łóżko Pani Prezes jako swoje. Ja uczyłem się z Rambem i Marszałkami grać w brydża. Skończyło się po kilku partiach coś około 130 do 1200.

Niedziela

Po śniadaniu pakowanko i ostatnie dyskusje panelowe. Jakoś pierwszy raz wszelkie dziewczyny siedziały w pokoju dziewczyn, a panowie w pokoju chłopaków. Płeć piękna nie przywykła do takiego stanu, przez co po pewnym czasie przeniosła się do pokoju obok. Nastąpiła jeszcze wymiana adresów itp. po czym przed 11 poszliśmy na autobus do Krakowa. Wewnątrz pojazdu, przy tylnych drzwiach, zbudowaliśmy z plecaków zaporę przeciwpowodziową. Cały czas padało, widać było, że woda w potokach mocno wezbrała. Później na tym obszarze wystąpiły powodzie, ale to już bez nas. W Krakowie czekał na nas Krzysio. Na dworcu seminarium oficjalnie zakończyło się i rozjechaliśmy się pociągami w swoich kierunkach.

Menu