Menu

Oficjalna Strona Klubu Astronomicznego Almukantarat

Oficjalna Strona Klubu Astronomicznego Almukantarat

Seminarium wiosenne 2006

Agata Senczyna
Gawrych-Ruda k. Suwałk, 3–7 maja 2006

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami rozpoczęło się seminarium astronomiczne dla rocznika 2005.

Środa
Dzień przyjazdu, powitań i rozpoczęcia seminarium

Na początku było całkowicie zwyczajnie — zbiorki w różnych miejscach Polski, pożegnania z rodzicami i czekanie na pociąg (kolejność przypadkowa). W części pierwszej podróży mieliśmy okazje zobaczyć (no, kto miał, ten miał) m.in. tablicę z odjazdami pociągów, na której widniała nazwa stacji docelowej „Tunel” zamiast Warszawy Wschodniej. Po zajęciu miejsc w przedziale rozpoczął się proces adaptacyjny — rozmowy, parę wspomnień oraz gra w kółko i krzyżyk z jak najbardziej skomplikowanymi zasadami. O 11:00 grupa Uzi & company dotarła do Warszawy, gdzie udało nam się spróbować tamtejszego jedzenia w Pizza Hut z obsługą po szkoleniu kamuflującym przed wzrokiem innych ludzi. Następnie spotkaliśmy się jeszcze z dwoma almuludkami i, pamiętając o instrukcji„trzeci wagon od końca, ostatni przedział„, czekaliśmy na pociąg. Po czym nastąpiło spotkanie prawie wszystkich. Kadra zajęła przedział z miłośnikami „Avanti”, a reszta grała w mafię (zajmując tereny jednego przedziału i części korytarza). Kilka godzin podróży upłynęło bardzo szybko. By umilić czas czekającej na nas w Suwałkach Whizzy, wysłaliśmy jej sms-y o treści „Sz”.

Po przybyciu na dworzec i zdobyciu łupu wojennego w formie egzemplarza „Avanti”, zajęliśmy chodnik i wypatrywaliśmy Zleva.

— Gdzie jest Zlev?

— A, w jakimś Dubowie.

Około godziny 19 zaatakowaliśmy autobus i ruszyliśmy w drogę. Na miejsce doszliśmy dość późno, po marszu do ośrodka. Zjedliśmy kolację w jednym z domków, bijąc kolejne rekordy mieszczenia się w dwanaście osób na małym obszarze. Produktem najbardziej poszukiwanym przez kadrę była szynka turystyczna, a przez resztę dżemy (do marmolów im było daleko). Po posiłku rozeszliśmy się naszych domków i ułożyliśmy się do snu.

Czwartek
Dzień pierwszy, ujęcie pierwsze

Po otwarciu drzwi od domków zobaczyliśmy cudowny widok na drzewa, las i przyrodę w słońcu. Szczególnie słońce zostało zauważone z radością, po chłodnej nocy. Na zbiórce zapoznaliśmy się z historią okolic, w których się znajdowaliśmy (masywna maszyna krocząca AK 400), a także dowiedzieliśmy się jaki jest plan na najbliższy dzień, po czym przygotowaliśmy się do śniadania. Podczas posiłku ponownie główną rolę grał dżem, jednakże jeden z nich (wiśniowy) postanowił się wyróżnić. Szczegóły zostaną przemilczane.

Przed sesją referatowa zostaliśmy poinformowani prze Ag i Uzika, ze byli oni obecni na wszystkich naszych spotkaniach i że wyjątkowo przywiązali się nas. My do nich też. Pierwszym referatem było pięć minut Ciapka, czyli co wiemy o projekcie Gemini. Następnie zaprezentował się Mikołaj i Chris. Po tej pierwszej części ciekawych wiadomości, kadra wzięła nas na spacer po Wigierskim Parku Narodowym. Mieliśmy tam okazje do spotkań z przyrodą, sprawdzaliśmy umiejętność naszego czytania ze zrozumieniem, Whizzy ukazała nam swój talent deklamatorski, a także został przeprowadzony eksperyment podziału tekstu na głosy. Na pewno w naszej pamięci na długo pozostanie nazwa „Wielki Suchar”, który okazał się być jeziorem. Ku ogólnej uciesze na mapie zidentyfikowaliśmy „Mroczne Rogi”. Po dogłębnym zbadaniu torfowiska wróciliśmy do ośrodka, gdzie referatu przedstawiły kolejne 3 osoby (Agata, Karolina i Ola L.). Na obiadokolację dostaliśmy kotlety — kształt kotleta Ciapka sugerował pochodzenie prosto z serca („przez przedsionek do serca”), a danie po głównym posiłku zostało rozpoznane jako sernik na drodze ewolucji do makowca (o smaku placka ziemniaczanego).

Wieczór upłynął nam na graniu w mafię, zbieraniu chrustu i oczekiwaniu na ognisko. Rozpalenie ogniska, choć z trudem, doszło do skutku dzięki naszej kadrze i piosenką „Ogień” powitaliśmy nasze spotkanie. Jedną z części, oprócz tradycyjnych piosenek, było zapoznanie się z nowym repertuarem, a także wysłuchanie dwóch bajek. (Niebonencja, przybiegł kardynał w bamboszach, antyzmykał, zniknął jak kosmita, baranów nam tu nie brak.)

Warto także wspomnieć o chwilowych problemach po stronie kadry:

— Zlev, nie siedź na gwoździu.

Wypróbowany został także okrzyk:

— Scream for me, Gawrych-Ruda!

Ognisko zakończyło ten dzień i wszyscy udaliśmy się spać.

Piątek
Półmetkowy dzień seminarium

Na ten dzień mieliśmy zaplanowany wyjazd do Suwałk, a referaty przedstawiali Gosia, Grzegorz i Albert. Po dojściu na przystanek zajęliśmy szturmem budkę z ławką i czekaliśmy na jeden z nielicznych autobusów (przynajmniej mają mniej spalin w powietrzu). Droga do Suwałk upłynęła na podziwianiu okolic i ogólnym rozgadaniu. Na miejscu zostaliśmy wprowadzeni w historię miasta Suwałk, z której dowiedzieliśmy się, że niektóre instytucje wojewódzkie znikają dość szybko. Udało nam się także zobaczyć unowocześniony, przenośny model koparki kroczącej AK 400. W Suwałkach zwiedziliśmy:

  • park z tablicami pamiątkowymi,
  • kościół z podświetlanymi organami,
  • widzieliśmy dom Miłosza,
  • muzeum, w którym było dużo powiedziane o historii Jaćwingów i Jaćwieży, m.in. o tym, że podbili ich Rzymianie (oj nieładnie, nieładnie), że budowali wioski na płyciznach jezior (spryciarze), a także o sposobie pochówku zmarłych w kamiennych kurhanach,
  • wystawę obrazów i parę słów o technikach malarskich, graficznych, litograficznych i innych.

W następnej części wycieczki zwiedzanie okolicznych sklepów i odpoczynek odbył się w podgrupach. Nasza podgrupa zajęła tereny przyławkowe w parku i delektowała się lodami. Powspominaliśmy dawne czasy i wybiegliśmy trochę w przyszłość, myśląc o obozie. O określonej godzinie stawiliśmy się na zbiórkę i wyruszyliśmy na przystanek, gdzie czekaliśmy na Whizzy i Wulczera, którzy gdzieś się zapodziali.

Po powrocie do ośrodka zjedliśmy obiadokolację i dostaliśmy po yoghurcie i buhrhgher. Zostały one skonsumowane na świeżym powietrzu, byśmy mieli siły na pozostałą porcję referatów. Łyżeczki z yoghurtów (do zwrotu) zostały poukładane jedna na drugiej na ladzie. Wysłuchawszy referatów i po skonsultowaniu z kadrą pomysłu na kolejne ognisko, część męska zebrała chrust. Jednak wieczorem nie rozpaliliśmy ogniska, tylko zajęliśmy się grą w mafię — została wprowadzona nowa postać, która znacznie ubarwiła granie. Po kolejnym dniu seminarium udaliśmy się spać — choć trzeba przyznać, że noce były zimne.

Sobota
Ostatni dzień seminarium w Gawrych-Rudzie

Podczas śniadania wykałaczka Whizzy ukazała swoja prawdziwą naturę, gdyż spadło z niej trochę margaryny „Delma”, na co zareagowaliśmy w sposób dość specyficzny — przykrywając liśćmi margarynę i tworząc cos na wzór kurhanu Jaćwingów. Niestety, nasz seminaryjny antyzmykał Wulczer go rozdeptał. Produktem najbardziej podczas posiłku poszukiwanym był dżem, ser i w niektórych kręgach pasztet. Po wypiciu naszego herbacianego napoju energetycznego referaty przedstawili Mateusz, Asia i Ola S. W tym dniu wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą po Wigierskim Parku Narodowym. Dotarliśmy na stację kolejki wąskotorowej i czekając zadawaliśmy sobie zagadki — czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Rozwiązanie kadry w wypłacenia reszty z biletów w postaci zakupu lodów wszystkim przypadło do gustu. Lody wspomogły nasz proces myślenia i część zagadek została rozwiązana dosyć szybko. Po czym wyruszyliśmy w trasę, wysłuchawszy najpierw krótkiego wprowadzenia przewodnika: „Rozstaw torów kolejki wynosi 600 mm, czyli — 60 cm”. Instrukcje dotyczyły także gałęzi, które porywają kapelusze i okulary.

Wigierski Park Narodowy był bardzo ładny, dużo drzew, zawilce, cisza, spokój. Stacje przystankowe dawały możliwość przyglądania się przyrodzie z bliska. Na jednej z map odczytaliśmy, że Ateny wcale nie leżą tak daleko. Na stacji przystankowej almuratownicy dorwali Ciapka, na innej poskakaliśmy po torach (kadra leżała). Wycieczka była bardzo udana, choć szkoda nam było, że zbliża się koniec seminarium.

Przed obiadokolacją poszliśmy do sklepu. Potem zebraliśmy etykiety z różnych wód mineralnych i daliśmy je do ocenienia Whizzy. Bezsprzecznie wygrał Żywiec Zdrój („Siła z gór na co dzień”), drugie miejsce zdobyła Kropla Beskidu („… pomaga w pełni przeżyć każdy dzień”), ostatnie miejsce na podium należało do Nałęczowianki („Apetyt na życie”). MultiVita była na ostatnim miejscu („woda z życiem”).

Trochę historii przedstawili nam Whizzy i Wulczer, opowiadając o dynastii Bryzglów. Następnie ruszyliśmy na obiadokolację, na której dostaliśmy także jabłka. Niektóre jabłka kadry skończyły „uśmiechnięte mrocznie”. Po posiłku i kolejnej grze w mafię rozpaliliśmy ognisko. Zostały na nim nagrodzone referaty Oli L. i Chrisa. Wymyśliliśmy w końcu zwrotkę naszego rocznika do kadryla (dzięki Meg), natomiast „Krajkę„ śpiewaliśmy seminaryjnie: „Oho„ oraz „Absurdalnie„. Po zakończeniu ogniska i ustaleniu terminu zbiórki przed wyjazdem (5 rano) ruszyliśmy do naszych domków z zamkami działającymi w drugą stronę lub niedziałającymi, spakowaliśmy się i poszliśmy spać — choć na parę godzin.

Niedziela
Dzień wyjazdu

Śpiące śniadanie o świcie upłynęło dość spokojnie. Czuliśmy się trochę melancholijnie, widząc po raz ostatni nasze domki i okolice — niektórzy nawet uznali, że tu kiedyś wrócą. Wyruszyliśmy w drogę na przystanek autobusowy już w miarę obudzeni — czas powrotu upłynął na rozmowach i rozglądaniu się naokoło, bo „… okolica zaiste była malownicza…”

„…i po pewnym czasie doszliśmy na miejsce docelowe. Rozłożyliśmy się pod tablicą z numerem 69 Dubowo i cierpliwie czekaliśmy. Gdy nadjechał nasz autobus, wszyscy radośnie wpakowaliśmy się do niego, a Wulczer dostał bilety. Stanął niebezpiecznie blisko kasownika, po czym został ostrzeżony przez strażniczkę Whizzy, że jeszcze nie należy kasować biletów.

Wróciliśmy do rozmów, gdy nagle usłyszeliśmy ten dźwięk — dźwięk kasowanego biletu i śmiech antyzmykała Wulczera oznajmiającego jego zwycięstwo nad kasownikiem. Jego uwaga została także skierowana na instrukcję kasowania, która okazała się rozciągnięta do 3 punktów. Została także sprawdzona sprawność kasowników w autobusie — wszystkie egzamin zdały, więc mogliśmy już ruszać.

Jadąc do dworca w Suwałkach, z chęcią wyglądaliśmy przez okna i próbowaliśmy zapamiętać, jak to wszystko wyglądało. Niestety, szybko dotarliśmy na miejsce i po opuszczeniu naszej koparki kroczącej kadra obwieściła oficjalne zakończenie seminarium. Uczestnicy złożyli podziękowania naszej ulubionej kadrze i wszyscy udaliśmy na dworzec w celu zakupu biletów i nabraniu Uzika, że nasz pociąg z tej stacji nie jedzie o 09:25.

W pociągu zajęliśmy 3 przedziały, ponownie dzieląc się na podgrupy. Środkowy przedział (najliczniejszy) dzięki obecności gitary i graniu na niej „chłopców”, nie został zajęty przez niealmulótki. Mogliśmy przez ostatnie parę godzin pośpiewać (oho), powspominać, a także rozwiązać problem zamykającego się okna. Planujemy opatentować wynalazek „SHNOORUFCKAH ?”.

Postanowilismy także ułożyć pieśń pochwalną ku czci kadry:

Chcę wam powiedzieć jak bardzo was cenię,
Chcę wam powiedzieć jak bardzo was podziwiam
Chcę wam powiedzieć: uwaga na te rogi
Ale nie mam odwagi
Jest druga w południe, śpiewam przez chwile
To co nam się we łbach ułożyło
Chciałbym, chociaż za oknem wiatr dmucha
Zanucić Wam prosto do ucha:

Lalalalalaa… Lalalalalaa!
Oho! Lalalaa… Uzi! Lalalaa… Zlev! Lalalaa… Ag! Lalalaa… Whizzy! Lalalaa… Wulczer! Lalalaa… Ciapek! La… itd. Almu!

Po dotarciu na stację Warszawa Centralna nastąpiło pierwsze pożegnanie. Grupa złożona ze Zleva, Wulczera, Agaty i Chrisa opuściła pociąg. Uczestnicy seminarium i kadra szybko zajęli miejsca przy oknach i rozpoczęło się ogólne machanie synchroniczne, śpiewy pożegnalne (co zwróciło uwagę wielu normalnych ludzi), a także wykorzystanie podkładu „Oho!” w inwencji własnej (wyżej opisane „Wariacje na temat kadry”).

Po odjeździe pociągu z resztą uczestników grupa pod przywództwem Zleva ruszyła na poszukiwanie jakiegoś ciepłego buhrgher. Poszukiwania zostały zakończone w „Barze Polskim”, ale opinie nie były najlepsze. Sprawdzony został rozkład jazdy i zeszliśmy na właściwy peron. Jednak nasz pociąg nie został uwzględniony na tablicy z ruchomymi klapkami, co wzbudziło nasze podejrzenia. W końcu jednak się pojawił i mogliśmy zająć miejsca w dwóch przedziałach, co zmieniło się na dalszych stacjach. Podczas podróży rozmawialiśmy.

Na stacji Sosnowiec został pożegnany Chris, a na stacji Katowice o 20:11 wysiedli pozostali — Zlev i Agata. Nasze seminarium i podróż zostały zakończone — czekamy na dalsze spotkania!